Przepis na pierogi.

Emmatka prosiła o przepis na pierogi. To dam, a co, nie będę wredna. Chociaż mogę, bo mam ku temu warunki (znaczy- ząbkujące dziecko).

 

Składniki:

Tak z pół kilo ziemniaków

tak z pół kostki sera białego tłustego, o pardon, twarogu, bo przecież nie ma czegoś takiego jak ser biały.

cebula (ja lubię dużo, i zawsze biorę na oko)

boczek (eem, no ze 20-30 deko chyba)

sól, pieprz

no i na ciasto: mąka, jajko, łyzka oleju, sól, ciepła woda.

 

I teraz, jak to robię ja:

Najpierw sobie szykuję wszystkie składniki, coby sprawdzić czy wszystko mam. Stwierdzam że jak zwykle kot się bawił ziemniakami i większość trzeba wymiatać zza lodówki, nie ma boczku, cebuli, za to mąki jest tak w sam raz. Ubieram dziecko i lecę do sklepu, gorsząc ławkowe emerytki letnim strojem Młodego. Całuję klamkę mięsnego bo oczywiście zbyt późno doszłam do wniosku że chce mi się ruskich, kupuję cebulę, uspokajam rozhisteryzowane dziecko które koniecznie chce wyciągnąć jakiegoś śmiecia z klatki na plastiki, łapię dziecko bo się wyrwało i leci w stronę ruchliwej ulicy, niosę wrzeszczące wniebogłosy dziecko do domu pod obstrzałem zgorszonych spojrzeń emerytek. Zbieram z chodnika cebule które Młody rozwalił kopiąc matkę.

No i jak już mam te cebule w domu to sobie przypominam że boczek mam w domu przecież, tylko w innym miejscu niż zwykle. Cebule zresztą też, ale akurat cebul nigdy zbyt wiele. Eniłej. Obieram ziemniaki, przy czym wygląda to tak: jeden ziemniak- „no synu gdzie włazisz?..”- ściągam Młodego z szafki, pół ziemniaka- „Skarbie nie wchodź tam” pół ziemniaka- zdejmuję syna z szafki, pół ziemniaka „no prosiłam żebyś nie wchodził…”. W końcu daję za wygraną i puszczam mu stworzoną specjalnie dla niego playlistę na YT. Dziecko zajęte, matka w spokoju kończy obierać ziemniaki, obiera cebulę, kroi cebulę w kostkę, zauważa że dziecko padło, więc je przekłada do łóżeczka coby przez sen z wersalki nie zleciało. Ziemniaki się gotują w osolonej wodzie, matka kroi jeszcze boczek, bo zawsze zapomni że najpierw jego powinna pokroić. Tego boczka. Nie syna.

No i potem trzeba rozgrzać patelnię, rozkoszując się błogą ciszą. Rzucić tam boczek, jak się przyrumieni, stopi tłuszczyk i będzie roztaczał boski zapach odstraszający wojujących wegetarian zbieramy mięsko i rzucamy cebulę, zmniejszamy ogień i niech się smaży podła za te wszystkie łzy przy obieraniu i krojeniu.

Właśnie zauważyłam że z pisania w pierwszej osobie przeszłam do pisania w trzeciej. Jeszcze tylko liczba mnoga i jestem blisko do uznania się za królową angielską.

Kiedy ziemniaki się ugotują, ugniatam je z cebulką i boczkiem, później dodaję ser i bardzo dokładnie ubijam.

I tu pozwolę sobie przerwać. Moja mama uważa, że ziemniaki MUSZĄ najpierw OSTYGNĄĆ. (Wybaczcie caps locka, ale moja mama mówi caps lockiem. Serio) Jak robiłam ruskie w Iłży, to najpierw mi strzeliła o tym wykład, jak się zdążyłam wkurzyć bo wiem co robię przecież to niby się zgodziła, ale wyszukała przepis w necie gdzie było napisane że mają być zimne, i z pełnym politowania uśmiechem pod tytułem „jesteś głupia, a ja zawsze wiem lepiej” pokazała mi mówiąc: „No ale zobacz, no nie mówiłam że zimne? No ale powiedz, nie mówiłam?..”.

I właśnie z takiego powodu uważam mieszkanie z rodzicami / teściami za głupotę / smutną konieczność i współczuję tym którzy są do tego zmuszeni.

Ale wracając.

Ziemniaki gnieciemy (czy tam przepuszczamy przez praskę jeśli mamy) jak są jeszcze gorące z jednego prostego powodu- masa wtedy jest jednolita i nie ma takich ohydnych grud białego sera. Z tego samego powodu dajemy ser tłusty lub ostatecznie półtłusty. Gnieciemy gnieciemy gnieciemy, żeby się dobrze wymieszało (o szlag,  liczba mnoga trzeciej osoby! Możecie mnie zacząć tytułować „jej wysokość”). Przyprawiam solą i smakiem do pieprzu, tylko tu trzeba pamiętać że w gotowaniu trochę ten smak „ucieknie” więc trzeba przyprawić deko mocniej niż „akurat!”. No i farsz gotowy.

Zabieram się za ciasto na pierogi. Wsypuję do miski  bliżej nieokreśloną ilość mąki, w ostatniej chwili przypominam sobie o soli więc dumna ją dosypuję (bo zawsze zapominam). Wbijam jajko i mieszam, dolewam wodę i ugniatam ciasto. Jak już mam ugniecione stwierdzam że jest zbyt twarde, co przypomina mi że dla odmiany zapomniałam o oleju. Dodaję olej, dosypuję resztę mąki, wyrabiam, gotowe. Mąki do wałkowania już oczywiście nie mam, więc lecę na żebry do sąsiadki. Ostatnio dałam jej nadwyżkę osobiście ucieranej na ręcznej tarce bułki tartej, więc mi nie odmówiła.

Teoretycznie powinnam teraz włożyć ciasto na pół godziny do lodówki, ale szkoda mi czasu bez zbójowania Młodego. Więc wałkuję, wycinam, lepię… No, wiadomo. Nuda. Monotonia. Agonia.

I w momencie kiedy lepię przedostatniego, czterdziestego dziewiątego pieroga, budzi się Młody. Budzi się z potężnym, ogłuszającym i do szału doprowadzającym wrzasko-pisko-darciem. Szybko robię mleko, co daje jakieś trzy, cztery minuty ciszy i czas na ulepienie ostatniego pieroga. Potem wyciągam wrzeszczące dziecko z łóżeczka i znowu zaczyna się cyrk jednego artysty- akrobaty, mego syna pierworodnego (i na razie mam szczerą nadzieję że jedynego). Potem gotuję- do garka woda, sól, dodaję odrobinę oleju lub oliwy (podobno tylko Polacy to robią i podobno jest to bez sensu), doprowadzam do wrzenia, wrzucam pierogi, i gotuję aż wypłyną plus dwie- trzy minuty, odganiając wrzeszczące dziecko od kuchenki (no bo przecież najlepsza zabawa wyłączyć matce gaz pod pierogami, nie?..).

Potem idę zanieść sąsiadce w podzięce 7 pierogów (bo to taka ładna liczba) i stwierdzam że sama nie jestem głodna.

 

A jak już się zrobię głodna, to pozostaje mi widok pustego talerza po pierogach.

-No przecież nic nie mówiłaś że mam ci zostawić!..

I po tym wszystkim mam ochotę już tylko na jedno:

narnia

A tak na szybko, bez mojego jojczenia:

Gotujemy w osolonej wodzie pół kilo ziemniaków, na patelni smażymy pokrojony w kostkę boczek (ok. 30 dag), w tłuszczu z boczku smażymy pokrojoną w kostkę cebulę (no ze dwie), tłuczemy gorące ziemniaki i dodajemy do nich boczek, cebulę, pół kostki białego tłustego sera, po czym doprawiamy solą i pieprzem pamiętając o tym by przyprawić trochę za mocno. Jeśli chodzi o ciasto, to marny ze mnie autorytet, bo zawsze jest nie takie jak trzeba, więc lepiej wyguglować.

A w ogóle, to nawet nie chcę sobie wyobrażać jak to robienie pierogów by wyglądało gdybym miała dwójkę…

A no i jeszcze jedno. Spójrzcie na długość przepisu z marudzeniem. Spójrzcie na długość przepisu bez marudzenia. I jeśli teraz nie współczujecie K., to nieczułe z Was bestie.

PS. Tak, wiem że napisałam „Przyprawiam solą i smakiem do pieprzu”.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Przepis na pierogi.

  1. Dzięki! za przepis!
    Część pierwsza przepisu (z okrasą) sprawiła, że … zaczęłam szybciej oddychać, bo przypomniało mi się, jak się odbywało lepienie pierogów z plątającym(i) się wszędzie młodym(i)!
    Chapeau bas!
    Pozdrawiam!

  2. Ale jak to nie ma sera białego?! Przecież zawsze był ser biały! ;D
    A tak na serio – mówisz „ser biały” czy „twaróg”? Bo u mnie w domu to zawsze było zamienne.;)

    • U mnie zawsze się mówiło „ser biały”, aczkolwiek uświadomiono nas że to jest to samo co „twaróg”. Natomiast w domu K. mówiło się tylko „twaróg” i na opakowaniach jest tak napisane… I tak jest nauczony. Iiiii dlatego właśnie ser biały nie istnieje :P

  3. To u mnie twaróg to wersja pierwotna ;) Znaczy się zsiadłe mleko po ogrzaniu. A dopiero po odciśnięciu z serwatki jest ser biały ;)
    Uwielbiam ruskie! Ale u mnie wystarczy dac Demolce trochę ciasta do łapy i lepi* ze mną ;)
    *gniecie, brudzi się, żre surowe ciasto, wydziwia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s