Matka miała mieć wychodne…

… ale jak zwykle nie wyszło ;]

Miałam radosne plany pojechania sobie na Targi Książki (plus obejrzeć sobie Narodowy z bliska, a nie jak zwykle z okien przejeżdżającego obok niego pociągu), jednak sama je storpedowałam, za namową brata zgłaszając się do komisji wyborczej. Znaczy nie żebym przez nią nie mogła się w ogóle ruszyć, ale ruszyć się w ogóle, a ruszyć się BEZ DZIECKA, to dwie różne sprawy. Otóż bez dziecka mogłam w sobotę, a że nieco nadgorliwy pan-służbista-wiceprzewodniczący-och-ach-taki-jestem-ważny zaplanował zbiórkę przed pianiem kogutów, to uznałam rację taty (który powiedział: „Dziecko, odpuść sobie, będziesz zmęczona, lepiej się wyśpij”).

No i nie bardzo było z kim jechać, a ja jestem zwierzę stadne.

 

Chciałam pojechać do Krakowa, bo kocham, kocham, kocham to miasto! Bo dawno w nim nie byłam i tęsknię do ukochanych widoków, chcę sprawdzić czy istnieją jeszcze kawiarenki do których chodziłam, czy trafiłabym jeszcze do tej fajnej księgarni, i do tego antykwariatu, czy Wawel wciąż stoi na swoim miejscu i czy wciąż przez rynek ciężko przejść nie potykając się o gołębia. I- niewybaczalne!- nigdy nie widziałam nocnego Krakowa!.. Tylko że w ten weekend już byłam umówiona (trzeba odwiedzić tą rodzinę, i tamtą, o, a ci przyjadą o tej jutro, o jeszcze do tamtych wpadniemy).

No i nie bardzo było z kim jechać, a ja jestem zwierzę stadne.

 

Myślałam też o nieco dłuższym wypadzie do Lublina (pozwiedzać, zapić z przyjacielem, wrócić na kacu), gdzie kilka lat temu mieszkałam. Tak jak Kraków- uwielbiam to miasto, tęsknię za kamieniczkami i wąskimi uliczkami pomiędzy nimi, marzę by jeszcze raz zobaczyć aleję, na którą miałam widok z okien swojego pokoju, by na chwilę chociaż wrócić do tamtych beztroskich czasów, kiedy, choć przygnębiona nielichymi problemami, byłam odpowiedzialna tylko za siebie. I mam stamtąd piękne wspomnienia.

No i tu było z kim pojechać, ale gdzieś się porozchodziły pieniądze, i tak jakoś ten tego tamtego… A mówiła mama, „nie kładź torby na podłodze!”, to się wyśmiewałam, że zabobony ;)

 

No i co, miesiąc (miesiąc! Trzymajcie kciuki żebym przeżyła powrót do domu :P) w Iłży u rodziców siedziałam i lypa. Owszem, miałam dużo chwil tak tylko dla siebie, dużo więcej niż mam w Koszalinie, ale tej wymarzonej wycieczki na cały dzień nie było. Ale nadziei nie tracę, co to, to nie! W lipcu jadę do Iłży znów, tym razem z K., który, bidny, nie będzie miał wyboru. Wyciągnę go (najpewniej do Krakowa ;]), nawet gdyby miał złamaną nogę, upał prażył 47 stopni w cieniu, a perspektywa tych dwóch czy trzech godzin w pociągu równała się miesiącowi ciężkich tortur. W końcu należy mi się jakaś randka, nie? Niech już nawet będzie, że z Młodym. W końcu należą mu się wycieczki krajoznawcze.

 

ewa

Fotka z: panoramio.com

 

Tak czy siak, nie będę płakać nad złamanym łukiem. Jutro wracamy, jak długo nie będę się odzywać, to sprawdzajcie w wiadomościach czy jakaś matka w pociągu z nudów podczas dwunastogodzinnej podróży nie padła. Jeśli nie, to zawiadomcie policję, bo pewnie K. mnie dopadł- miałam wyjechać na tydzień, góra dwa ;-)

PS. Zaległe fotorelacje z zamku (z jesieni…) i z Unieścia prawie wiosennego (z marca..) coming soon! (Bo lepiej późno niż jeszcze później)

Wszystkiemu winne jabłko!..

Jak wiadomo już od dawna jabłko to diabelski wynalazek. W końcu skądś się wzięło, że to ten własnie owoc Ewa wzięła od węża, mimo że w Biblii nie ma nawet najmniejszej wzmianki na temat rodzaju owocu. W końcu to mogło być kiwi. Albo węgierka. Osobiście obstawiam banana, ze względu na ten kształt. No proszę Was, co innego kobiecie mógłby zaproponować wąż- kusiciel?

Lizaka.

Tylko że to nie jest owoc.

No, ale wracając do głównego wątku, wszystkiemu winne jest jabłko.

Bo jabłka też trzeba umieć wybrać. Nie wszystkie odmiany są dobre tak do chrupania, nie każde nadaje się do szarlotki czy do placuszków. Ja osobiście mam fetysz chrupania takich twardych, soczystych, lekko kwaskowatych jabłuszek, które przy każdym gryzie robią takie głośne: CHRUP!

I takie jabłko bym bez gadania wzięła od węża, zamiast wspomnianego banana, jakem Ewa.

I własnie od takiego jabłka się zaczęło.

 

Historia właściwa:

-Złamałaś mi zęba!- Wysyczał K., ledwo weszłam do domu.

Zamarłam, oczekując dramatycznej melodii gdzieś w tle. I dziwnego człowieka, który nagle pojawi się znikąd i powie mi że nieświadomie podróżuję w czasie i przestrzeni. Ewentualnie że K. raczy rozwinąć swe oskarżenie i dowiem się o co mu, do jasnej anielki, chodzi.

-że co proszę?..

Może przez sen mu prawy sierpowy sprzedałam, a on dopiero teraz się doliczył braków w uzębieniu? Bo kiedy dwie godziny wcześniej wychodziłam na spacer z Młodym, o żadnych ubytkach jeszcze nie było mowy.

-No złamał mi się na tym twoim jabłku!

Aaaa, no tak, wychodząc z domu dałam mu jabłko do chrupania. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. W dodatku było to moje najdroższe jabłko ever, bo na zęba trzeba teraz naszykować dwa tysiące PLN.

 

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

 

Jak więc widzicie jabłka są niebezpieczne! Powinny zostać zakazane! Nie rozumiem, dlaczego unijni urzędnicy jeszcze się tym nie zajęli. Skoro nie można wędzić kiełbas, a myślą o zakazie używania cynamonu (szykujcie zapasy! ;]), powinni się również zabrać za zbyt twarde jabłka!

Pomyślcie tylko, ile zębów można w ten sposób uratować…

 

A tak w ogóle, to ja to jabłko później, mimo zbrodniczej przeszłości ze smakiem schrupałam. Żaden ząb nie ucierpiał. Więc może to jendak ja miałam rację, mówiąc od dwóch lat, że z tym zębem trzeba iść do dentysty, hmm?.. ;-)

 

 

A zdjęcie mam stąd

Co można zrobić w dwa miesiące?

Poczekać aż przeleci trzeci, odkąd się ostatni raz dodało coś na bloga, ot co! ;-)

 

No, więc, prawdę mówiąc nie miałam w planach dodawania czegokolwiek kiedykolwiek, ale kiedy któraś z kolei osoba mimo mojej notorycznej nieobecności „zafolołersowała” bloga, poczułam jak wraca mi wena. No i jakby nie było, trochę anegdot się uzbierało. Na przykład, w kolejnym, fascynującym odcinku dowiecie się, jak złamać swojemu narzeczonemu ząb na odległość.

A tymczasem, na rozruszanie, krótkie zestawienie najdziwniejszych haseł po których ludzie weszli przez te trzy miesiące na Farellkowe Myśli Nieuczesane*:

pierdoła na rowerze (dziękuję! dziękuję!)

goła pupa i sąsiadki (a to przez to: Sąiedzka wizytacja)

bajka o strzykawce która bała się igły (poszukiwaczowi gratuluję cierpliwości, przeleciałam w googlach do 10 strony i nic. Dalej już mi się nie chciało)

obciagnelam wnukowi (swetereeeeek! A to i poniższe z wpisu świątecznego zapewne)

obciagnelam obcemu

lubie seks czy pojde do piekla (TAK! Buu!)

moj syn poszedl do piekla (to można to jakoś sprawdzić?)

czy jesli mam dziecko bez ślubu to pójde do piekła (Oj tak :) )

Internety ;)

No, więc obiecuję poprawę. I pamiętajcie: już w następnym wpisie zdradzam patent jak łamać zęby na odległość kilku kilometrów :D

PS. No i oczywiście wiem, że nie rozpoczyna sie zdania od „no” i „no więc”. „Bynajmniej!” ;-)

 

 

*Bo jak się ostatnio dowiedziałam, są i takie:

eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee

Nie ma to jak być nieświadomą plagiatorką ^^’

Zdjęcie z: http://www.empik.com