Złej baletnicy i tak dalej

No i tak, obiecałam sobie że wrócę, że będę regularnie coś pisać, i co? No i nie wyszło.

To nie tak, że nie mam weny, bo pomysłów kłębi się sporo, zasypiając układam w głowie co napiszę… Tylko co z tego, skoro nie przekłada się to na czyny?

Z drugiej strony wymówkę mam, bo zajęłam się tą nie- wirtualną stroną życia. Wytwarzam ostatnio mnóstwo różnych diy- jak chociażby Klementynę:

 

 

Ogólnie dostałam „pałera” odkąd przeglądając kilka dni temu fejsbuka, tak bez uprzedzenia walnęło mnie w oczy (nie dosłownie ;] ) moje własne dzieło, stworzone dla drugorodnego Guli:

 

 

Także, jak widać, nie obijam się.

Zaczęłam nawet biegać wieczorami (tia wieczorami, najwcześniej o dwudziestej trzeciej jak moje wredne latorośle wreszcie padnie…). Ogólnie w sumie chwalić się nie ma czym, bo z kondycją to u mnie cienko, oj cieniutko… Ale hej! Przecież liczy się, że zaczęłam przynajmniej robić coś w tym kierunku, mimo że nie mam butów do biegania.

O, i to będzie sedno tego dziwnego tytułu wpisu- buty do biegania.

Otóż wszystko zaczęło się latem zeszłego roku, kiedy to K. poklepał się po swoim brzuchu, pozostałością ciąży (mojej!) i stwierdził:

-muszę zacząć biegać, żeby ten brzuch zgubić.

Ale nie ma tak prosto, żeby po prostu ubrać wygodne ciuchy i buty i wyjść biegać, co to to nie. Każde dziecko wie, że bez butów do biegania biegać po prostu się nie da. A te brat K. pożyczył i wywiózł do Przechlewa. No trudno, nie da się to nie da, temat umarł śmiercią naturalną.

Zmartwychwstał wiosną, kiedy K. stwierdził że za bardzo mu brzuch wystaje. Marudził tak długo, aż wreszcie brat mu te buty oddał. Iiii… Nic. Bo:

-zła pogoda

-nie ma czasu

-zmęczony

-za mokro

i tak dalej, i tak dalej.

Pojechaliśmy do Iłży bez butów, to narzekał że nie wzięliśmy, bo takie fajne trasy do biegania. Pojechaliśmy do Przechlewa z butami, bo się umówił z kumplem na wspólne bieganie, to nawet ich z torby nie wyciągnął…

Wnioski nasuwają się same ;]

 

Jak wkurzyć Ewkę

Zaglądam sobie do szkiców (których mam naćkane trzydzieści i trzy), i widzę ten obiecujący tytuł (który Wy możecie zobaczyć powyżej). Zaciekawiona weszłam, zobaczyć czym to można mnie tak zdenerwować, i… No cóż, wpis z serii „chłop potrafi…”

 

Czyli wspomnienie rozmowy z K., jakoś z jesieni.

Akurat dzień był wypełniony bieganiną po urzędach, sklepach, nie wiadomo czym jeszcze, niesamowicie intensywny i męczący. Spędziłam już kilka godzin w urzędzie, musiałam lecieć na chwilę do biura spółdzielni mieszkaniowej i z powrotem do urzędu. Na dodatek- przypomniało mi się, że mam ostatni dzień na podanie stanu wodomierzy, którego oczywiście nie znałam. No, ale w końcu mamy XXI wiek, prawda? Od czego telefony!

Dzwonię do K.:

-Weź sprawdź szybko stan wodomierza!

-Co?

-Wodomierza! Stan!.. Sprawdź!..

-Ale gdzie jest?

-W kuchni, pod zlewem!

-Zaraz… Ale tu jest ciemno, nic nie widzę!

-No, to poświeć!

-Niby czym?

-No telefonem na przykład?

-Ale przecież rozmawiam z tobą!

-No to kurde na chwilę oderwij telefon od ucha!

-Ale przecież jest wygaszony!

-… przyciśnij jakikolwiek przycisk oprócz rozłączania to się zaświeci!

-No dobra… Ale te cyfry są jakieś dziwne!

-…

-Słyszysz?

-Jakie dziwne kurde? Zwykłe arabskie cyfry!

-No dziwne!

 

Rozłączyłam się, żeby nie bluzgać. A cyfry chyba jednak były normalne, bo po chwili dostałam sms ze stanem wodomierza. Da się?

 

chłop

 

Się chce, to się da. Amen.

 

 

 

źródło zdjęcia

Oj tak tak…

Niechętnie muszę się przyznać do tego co i tak gołym okiem widać- opierdzielam się jak ten tam od Brzechwy, co to cały dzień siedział na tapczanie.

Tyle że ja nie siedzę na tapczanie, tylko doprowadzam mieszkanie do porządku po miesięcznych porządkach kawalerskich kochanego K… Na ten przykład na kuchence udało mu się wyhodować nowe życie! Pod prysznicem zresztą też. I w paru innych miejscach.

Poza tym wciąż się nie mogę nadziwić, że ten człowiek przez tych kilka lat temu nie nauczył się, że kiedy każę mu kupić śmietanę, a nie mówię „weź 36%” to znaczy że ma kupić najtańszą, nieważne czy procentów ma dwanaście, szesnaście, czy ile tam.

Muszę się również przyznać, że nie piszę, ponieważ, kochani, niestety, ale… Uzależniłam się.

Ciężko mi o tym mówić.

Uzależniłam się, tracę czas, chowam się w łazience żeby to robić i nie wychodzę przez godzinę…

Tylko- czytam*.

Połykam książki jak młody wilczek, nie mogę się oderwać wręcz. Ale w końcu się oderwę- obiecuję. Chyba ;)

 

 

I taki optymistyczny akcent na koniec:

Chyba tylko ja mogę, po dwóch miesiącach noszenia bluzy zorientować się, że ten fajny, nieco może psychodeliczny wzór to nie jest taki sobie zwykły bezsensowny wzór, tylko…

 

Obrazek

 

… no właśnie. Poćwiartowane małpki.

A ja w tej bluzie chciałam do kościoła pójść.

Matko…

 

 

 

*A o czym myśleliście? :D