pitu pitu

Dumna jestem z siebie niesamowicie, bo się wreszcie zebrałam sama w sobie i sama złożyłam deklarację podatkową, bez niczyjej pomocy. No dobra, z pomocą taty, który wisiał ze mną na telefonie i krok po kroku mówił mi co gdzie wpisać.

Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że przezwyciężyłam swój strach przed papierkologią (zwłaszcza tak ważną jak ta dla US, wiadomo że jak chodzi o kasę to nie popuszczą i broń Cię Darwinie żeby się cokolwiek pomylić) i zrobiłam to sama, a nie przekazałam do zrobienia ciotce (wczesniej) czy sąsiadce teściowej (w zeszłym roku). I co najlepsze, okazało się że to nie jest wcale trudne!

Ba, ja nawet rozliczyłam K.! Fakt że nie mogłam tego zrobić przez internet, tak jak siebie, bo nie mogę znaleźć jego pita z zeszłego roku (pewnie jest w tym wielkim pudle z jego papierami i śmieciami, które ma przejrzeć, poukładać i powyrzucać to co niepotrzebne od trzech lat ale jeszcze nie miał czasu tego zrobić), ale wypełniłam już odręcznie druk i jak tylko Młody się obudzi to pędzę na pocztę wysłać toto.

 

 

A tak z innej beczki. Tata opowiadając o swoim picie przypomniał mi o filmie „Bitwa Warszawska 1920”. Co ma piernik do wiatraka? Ano to że brat był tam statystą i musiał się rozliczyć z pieniędzy tam zarobionych.

Ale do rzeczy. Obejrzał to ktoś do końca? Bo ja kilka razy się zabierałam, trochę z ciekawości, trochę żeby zobaczyć czy widać brata, dawną kumpelę, znajomych z rodzinnej miejscowości (cała grupa rekonstrukcji historycznej była zaproszona jako statyści), ale jakoś nie mogę. Nudzi mnie tak niesamowicie, że łapię się na tym że nie śledzę wcale fabuły a moje myśli błądzą gdzieś, nie wiadomo gdzie. Ale może to tylko ja jestem taka odporna na ten film?

Jak pocieszyć kobietę.

No więc- na zakupach byłam, kupić produkty potrzebne mi do wypaśnej walentynkowej wyżerki dla K., bo choć ja tego święta nie uznaję (wolę Kupałę), to on uważa że każda okazja dla lepszego jedzenia jest dobra.

Przepycham się z trzeszczącym „do zajechania” wózkiem przez zatłoczone alejki i nagle słyszę: „baba gruba chłopa chluba!”. Pan po tym stwierdzeniu komplementował Panią i Panu Mężowi mówił że zazdrości. Pani do Męża: „czyli co, jednak wezmę tą czekoladę?”.

Nie powiem, spodobało mi się powiedzonko. Przyjemne dla ucha, i jak się rymuje ładnie! Miałam je nawet zaserwować K., w ramach programu „przestań się do jasnej ciasnej zajmować moją nadwagą a zacznij swoim pociążowym (po mojej ciąży znaczy) bebechem!”. A potem stwierdziłam, że nie.

Ujmę mu chluby, dziadowi, a co. Taka wredna będę.