Co można zrobić w dwa miesiące?

Poczekać aż przeleci trzeci, odkąd się ostatni raz dodało coś na bloga, ot co! ;-)

 

No, więc, prawdę mówiąc nie miałam w planach dodawania czegokolwiek kiedykolwiek, ale kiedy któraś z kolei osoba mimo mojej notorycznej nieobecności „zafolołersowała” bloga, poczułam jak wraca mi wena. No i jakby nie było, trochę anegdot się uzbierało. Na przykład, w kolejnym, fascynującym odcinku dowiecie się, jak złamać swojemu narzeczonemu ząb na odległość.

A tymczasem, na rozruszanie, krótkie zestawienie najdziwniejszych haseł po których ludzie weszli przez te trzy miesiące na Farellkowe Myśli Nieuczesane*:

pierdoła na rowerze (dziękuję! dziękuję!)

goła pupa i sąsiadki (a to przez to: Sąiedzka wizytacja)

bajka o strzykawce która bała się igły (poszukiwaczowi gratuluję cierpliwości, przeleciałam w googlach do 10 strony i nic. Dalej już mi się nie chciało)

obciagnelam wnukowi (swetereeeeek! A to i poniższe z wpisu świątecznego zapewne)

obciagnelam obcemu

lubie seks czy pojde do piekla (TAK! Buu!)

moj syn poszedl do piekla (to można to jakoś sprawdzić?)

czy jesli mam dziecko bez ślubu to pójde do piekła (Oj tak :) )

Internety ;)

No, więc obiecuję poprawę. I pamiętajcie: już w następnym wpisie zdradzam patent jak łamać zęby na odległość kilku kilometrów :D

PS. No i oczywiście wiem, że nie rozpoczyna sie zdania od „no” i „no więc”. „Bynajmniej!” ;-)

 

 

*Bo jak się ostatnio dowiedziałam, są i takie:

eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee

Nie ma to jak być nieświadomą plagiatorką ^^’

Zdjęcie z: http://www.empik.com

Reklamy

Licytacja.

Dużo krąży opowieści, anegdotek i legend o zawartości kobiecej torebki. Że niby kosmos doznań, głębi i możliwości, że podobno Bursztynowa Komnata jest w torebce takiej jednej, ale jej się nie chce tej torebki posprzątać. Atlantyda też jest w jakiejś kobiecej torebce. Jakby dobrze poszukać to pewnie i święty Graal by się znalazł, a przy okazji większość innych sławnych, cennych i zaginionych dzieł sztuki itepe itede.

 

Obrazek

Ale wczoraj olałam torebkę. Siedziałam przy komputerze i korzystałam z chwili spokoju, by móc przez chwilę po prostu nie myśleć i nic nie musieć. I tak siedziałam i nie myślałam, aż dotarło do mnie, co ja mam na biurku:

-obiadek na niemowląt w słoiczku (sztuk 1),

-deserki owocowe dla niemowląt w słoiczkach (sztuk 3),

-długopisy (sztuk 4, w tym 4 niepiszące),

-Kisiele w torebkach (sztuk 11),

-budynie w torebkach (sztuk 6),

-opakowanie sody oczyszczonej,

-plastikowe puste pudełko (sztuk jeden),

-Pudełko wkładek higienicznych,

-jakiś pierdzylion samochodzików Młodego,

-moja ulubiona lalka z dzieciństwa, Zuzia*,

-Laktator (sztuk 1- a od roku nie mam mleka),

-bluzeczki Młodego z których wyrósł jakieś dwa lata temu (stuk 2),

-mruczący kot (sztuk 1),

-dziecko jeżdżące samochodem po mruczącym kocie (sztuk 1)**.

Koleżanka, kiedy jej to opisałam, podzieliła się bajzlem, który miała na łóżku:

-zmiętoloną pościel,

-3 laptopy,

-kubek,

-jakieś przyprawy,

-jakieś ciuchy,

-talerzyk,

-torebkę,

-rozrzuconą kasę,

-8 książek,

-3 telefony,

-zdjęcia rtg

-jakieś kosmetyki,

-brata.

I kurczę, nie umawiałyśmy się na dzień dziwnych rzeczy pod ręką. I nie jesteśmy jakimiś wielkimi bałaganiarami. No dobrze, przyznaję że część dziwnych rzeczy na biurku poznosił Młody, ale i tak… co to tam robi?

*Szmacianka, dlatego Zuzia. Próbuję ją od reanimować bo moi bracia kilka lat temu pocięli jej twarz. Ktoś zna lekarza szmacianych lalek?

**Tak, nie pomyliło mi się, dziecko na biurku. Dzięki temu mogłam przez chwilę nie myśleć end nie musieć.

Źródło demota

Dziecko: plus dwadzieścia do kontaktów towarzyskich.

Odkąd Młody chodzić się nauczył, obserwuję…

Nie, wróć.

Odkąd Młody rozpieprzył spacerówkę i wszędzie zapyla ze mną na piechotę (bo szkoda nowej kupować jak dwie się walają u dziadków ode mnie i u babci od K., a przywieźć jakoś nie ma jak i kiedy), obserwuję dziwne zjawisko. Idę sobie ulicą, z Młodym za rękę, a ludzie z naprzeciwka się szczerzą.

No szczerzą się jak głupi do sera. Ktoś próbuje jakoś tak dyskretnie, i widząc moje spojrzenie odwraca wzrok, kto inny jeszcze szerzej rozwiera paszczękę, ktoś zagada, ktoś udaje że wcale się nie śmiał. Przyznam szczerze że kilka dni mi zajęło rozwikłanie tej tajemnicy, jako że matka rozważna / nieuważna / wyrodna / podziwiająca widoki jestem (niepotrzebne skreślić) i wolę się patrzeć przed siebie, niż wciąż na pyszczek syna. Otóż, okazuje się, że syn mój pierworodny, widząc człowieka nadchodzącego z naprzeciwka, śmieje się od ucha do ucha. Człowieki z naprzeciwka odpowiadają uśmiechem, na co uśmiecham się ja, i tak ta odrobina radości małego dziecka idzie w świat, czyniąc go odrobinę lepszym.

W ogóle, to dziecko jest jak taki magiczny artefakt: dla matki- plus trzydzieści do urody, plus dwadzieścia do życia towarzyskiego, plus sto do łatwości zawierania nowych znajomości (minus dwadzieścia do snu, minus pięćdziesiąt do budżetu i minus dziesięć do poszukiwania pracy); dla ojca: plus siedemdziesiąt do zainteresowania u płci przeciwnej, plus siedemdziesiąt do zainteresowania u płci przeciwnej, no i plus siedemdziesiąt do zainteresowania u płci przeciwnej (minus piętnaście do seksu z matką dziecka). Samo sobie dziecko daje: plus tysiąc do uroku, plus tysiąc do niewinnego podrywu, plus tysiąc do bezkarnego wsadzania łapek w kobiece dekolty.

Naprawdę, ja nie wiem skąd mu się bierze to ładowanie łap w dekolty, skoro od cyca był odstawiony na tyle wcześnie, że nie ma odruchu zaglądania w mój? I jak to się dzieje, że zawsze jest to dekolt (kurczę, no subiektywnie obiektywna opinia kobiety!) jakiejś niezłej laski?

Ale abstrahując od dekoltów. Pół osiedla zna mnie jako „mamę Młodego”. Czuję się jak mama Muminka normalnie. Ot, chociażby ostatnio: idę z Młodym do sklepu, z naprzeciwka nadchodzi jakaś kobieta.

-Oooo, cześć Młody! Z mamusią wyszedłeś na spacer, tak?

-Eeee!

-O jak fajnie, miło tak pospacerować, prawda?

-E!

-No to idź z mamusią, idź, papa, Młody, papa!

No i ani głupiego „dzień dobry” do mamy Młodego. Kurczę, chyba kiepskie te kontakty towarzyskie. Ale za to pani w spożywczaku ostatnio po znajomości (z Młodym, nie żeby ze mną) dała nam takie pudełko promocyjne firmy czekoladowej. Dobre i to, tak na pocieszenie.

Ale nie, no żeby nie było, do matki też się odzywają, jakżeby nie! 

-Za ciepło go pani ubrała, zgrzeje się!

-Za zimno go pani ubrała, przeziębi się (zazwyczaj średnio pięć minut po poprzednim)

-No niech pani tak nie gna, dziecko musi za panią biegać! (Matko kochana, jak ja bym chciała żeby to on biegał za mną!..)

 

Dobra, jak widać artefakt „dziecko” daje też plus pięćdziesiąt do marudzenia. No, przynajmniej w moim przypadku.

 

Obrazek