Dziecko: plus dwadzieścia do kontaktów towarzyskich.

Odkąd Młody chodzić się nauczył, obserwuję…

Nie, wróć.

Odkąd Młody rozpieprzył spacerówkę i wszędzie zapyla ze mną na piechotę (bo szkoda nowej kupować jak dwie się walają u dziadków ode mnie i u babci od K., a przywieźć jakoś nie ma jak i kiedy), obserwuję dziwne zjawisko. Idę sobie ulicą, z Młodym za rękę, a ludzie z naprzeciwka się szczerzą.

No szczerzą się jak głupi do sera. Ktoś próbuje jakoś tak dyskretnie, i widząc moje spojrzenie odwraca wzrok, kto inny jeszcze szerzej rozwiera paszczękę, ktoś zagada, ktoś udaje że wcale się nie śmiał. Przyznam szczerze że kilka dni mi zajęło rozwikłanie tej tajemnicy, jako że matka rozważna / nieuważna / wyrodna / podziwiająca widoki jestem (niepotrzebne skreślić) i wolę się patrzeć przed siebie, niż wciąż na pyszczek syna. Otóż, okazuje się, że syn mój pierworodny, widząc człowieka nadchodzącego z naprzeciwka, śmieje się od ucha do ucha. Człowieki z naprzeciwka odpowiadają uśmiechem, na co uśmiecham się ja, i tak ta odrobina radości małego dziecka idzie w świat, czyniąc go odrobinę lepszym.

W ogóle, to dziecko jest jak taki magiczny artefakt: dla matki- plus trzydzieści do urody, plus dwadzieścia do życia towarzyskiego, plus sto do łatwości zawierania nowych znajomości (minus dwadzieścia do snu, minus pięćdziesiąt do budżetu i minus dziesięć do poszukiwania pracy); dla ojca: plus siedemdziesiąt do zainteresowania u płci przeciwnej, plus siedemdziesiąt do zainteresowania u płci przeciwnej, no i plus siedemdziesiąt do zainteresowania u płci przeciwnej (minus piętnaście do seksu z matką dziecka). Samo sobie dziecko daje: plus tysiąc do uroku, plus tysiąc do niewinnego podrywu, plus tysiąc do bezkarnego wsadzania łapek w kobiece dekolty.

Naprawdę, ja nie wiem skąd mu się bierze to ładowanie łap w dekolty, skoro od cyca był odstawiony na tyle wcześnie, że nie ma odruchu zaglądania w mój? I jak to się dzieje, że zawsze jest to dekolt (kurczę, no subiektywnie obiektywna opinia kobiety!) jakiejś niezłej laski?

Ale abstrahując od dekoltów. Pół osiedla zna mnie jako „mamę Młodego”. Czuję się jak mama Muminka normalnie. Ot, chociażby ostatnio: idę z Młodym do sklepu, z naprzeciwka nadchodzi jakaś kobieta.

-Oooo, cześć Młody! Z mamusią wyszedłeś na spacer, tak?

-Eeee!

-O jak fajnie, miło tak pospacerować, prawda?

-E!

-No to idź z mamusią, idź, papa, Młody, papa!

No i ani głupiego „dzień dobry” do mamy Młodego. Kurczę, chyba kiepskie te kontakty towarzyskie. Ale za to pani w spożywczaku ostatnio po znajomości (z Młodym, nie żeby ze mną) dała nam takie pudełko promocyjne firmy czekoladowej. Dobre i to, tak na pocieszenie.

Ale nie, no żeby nie było, do matki też się odzywają, jakżeby nie! 

-Za ciepło go pani ubrała, zgrzeje się!

-Za zimno go pani ubrała, przeziębi się (zazwyczaj średnio pięć minut po poprzednim)

-No niech pani tak nie gna, dziecko musi za panią biegać! (Matko kochana, jak ja bym chciała żeby to on biegał za mną!..)

 

Dobra, jak widać artefakt „dziecko” daje też plus pięćdziesiąt do marudzenia. No, przynajmniej w moim przypadku.

 

Obrazek

 

Reklamy