Baśnie Braci Grimm- „Dziadek i wnuczek”

Jakiś czas temu przywiozłam sobie z domu stare wydanie „Baśni Braci Grimm”, które było kiedyś własnością mojej mamy. Przypomniałam sobie o nich, tłumacząc K. różnicę między oryginalnymi, a popularnymi wersjami bajek. Zajrzałam- i och, co ja znalazłam. I straszne bajki, i dziwne, i bez sensu i puenty, ale tez i piękne perełki…

 

grimm

 

Postanowiłam raz na tydzień się tymi ciekawszymi z Wami dzielić. Na pierwszy ogień- coś ważnego.

 

 

Dziadek i wnuczek

Żył raz sobie staruszek tak już zniedołężniały, że niedowidział, niedosłyszał, a ręce i kolana trzęsły mu się ciągle. Gdy siadł do stołu, ledwie mógł utrzymać łyżkę i zawsze rozlewał zupę na obrus, a po brodzie także mu ciekło.

Gniewało to syna jego i synową, aż wreszcie kazali starcowi jadać w kącie pod piecem, jedzenie zaś dawali mu w małej glinianej miseczce, tak że nigdy nie mógł najeść się do syta. Spoglądał więc starzec smutno ku stołowi, a oczy zachodziły mu łzami. Pewnego dnia ręce tak mu się trzęsły, że miseczka wypadła z nich i stłukła się. Młoda synowa skarciła go, on zaś nic nie rzekł, tylko westchnął. Kupili mu więc drewnianą miskę za kilka groszy i z niej musiał jadać.

A mały, czteroletnie wnuczek siedział na podłodze i strugał deseczki.

-Cóż ty tam robisz?- zapytał ojciec.

-Robię koryto- odparł chłopczyk- z którego będą jeść tatuś i mamusia, gdy ja będę duży!

Słysząc te słowa, ojciec i matka zawstydzili się bardzo, a wreszcie rozpłakali się i poprosili starego dziadka, by siadł z nimi do stołu. I odtąd nie sarkali wcale, gdy rozlał trochę zupy.

 

 

Pamiętajcie, że za kilka dni obchodzimy święto Babci i dziadka ;)

Reklamy

Orgia czytelnika

O rety rety rety.

Wiecie co można zrobić podczas miesięcznej wizyty u rodziców, kiedy prawie każdy aż się rwie do opieki nad Twoim dzieckiem?* (Oprócz zaniedbania bloga np.?)

Przeczytać dwadzieścia trzy książki.

Normalnie orgazm dla mej duszy mola książkowego! Wiecie kiedy ostatnio miałam takie tempo czytania?.. Hmm… Pewnie jak się uczyłam do matury :)

No dobra, fakt faktem że część z tych książek to powrót do dzieciństwa i lekturki, które połykałam w jeden wieczór, ale mimo wszystko już dawno nie przeczytałam tak dużo w tak krótkim czasie.

Niespodziankę, i to podwójną, sprawiła mi tutejsza biblioteka publiczna. Primo, okazało się, że mimo iż od lat czterech czy pięciu nawet nie wypożyczyłam żadnej książki, moje konto czytelnicze wciąż istnieje i jest aktywne. A bibliotekarki- wciąż mnie pamiętają. Cóż, plusy bycia najaktywniejszym czytelnikiem przez jakieś trzynaście lat z rzędu.

I na koniec, zdjęcie karty bibliotecznej, której widok szczerze mnie zaskoczył:

 

Krzysio1322

Od roku 2005 tę książkę miałam w ręku cztery razy… I tylko ja.

Cóż, przynajmniej na pierwszy rzut oka widać że ją lubię.

 

 

*Chyba że dziecko zrobi kupę. Wtedy się nie rwą.

Książka, której się wstydzisz.

Masochistycznie przeglądam w internecie oferty sprzedaży wszystkich tych książek które chciałabym mieć, a na które chwilowo mnie nie stać. I trafiłam na mistrza reklamy:

 

Obrazek

 

Ło matko i córko. Opis też zresztą powala na łopatki:

Sprzedaję bo wstyd na półce trzymać

Opis: 

„Życie to iluzja” jest bardzo kiepską pozycją, z płytkimi opisami wewnętrznych przeżyć bohatera, którego nawet nie znamy z imienia. Niektóre momenty powalą Was swoją infantylnością, a każda kolejna strona będzie niekończącą się drogą przez mękę. Definitywnie nie polecam, a wręcz odradzam! Trzymajcie się z daleka od tej pozycji, omijajcie ją szerokim łukiem! 
„Ale przecież, koniec końców, każda śmierć jest taka sama, mój kolego.”
 
No przepraszam, ale cena jak za „błagam weźcie toto ode mnie” jest zbyt wygórowana. Zwłaszcza że trzeba doliczyć koszt wysyłki.
 
 
 
Przeleciałam po półce z moimi książkami oczyma duszy (no tylko ta jest kompletna, bo spora część mojego księgozbioru wciąż jest w domu rodziców) i nie znalazłam książki, której się wstydzę. Owszem, są takie, których się wstydzę że je przeczytałam, ale na moich półkach takich nie ma.
Nawet lektury erotyczne z fabułą, w ilości sztuk dwie, którym to gatunkiem szczerze i bezgranicznie gardzę, były na tyle zgrabnie napisane, że nie żałowałam że je zakupiłam. Swoją drogą obie zaginęły w akcji, komuś pożyczyłam i… No wiadomo.
 
Miałam kilka książek, które były mi niepotrzebne, nie były moimi przyjaciółmi i bez płaczu i problemu rozstałam się z nimi wysyłając je w świat za pomocą akcji Bookcrossing.
 
Wiem jedno, że żadnej, nawet najgorszej książki nie wyrzuciłabym na śmietnik. Może to sposób w jaki mnie wychowano, może po prostu szacunek do słowa pisanego (no dobra, drukowanego…), ale jest to dla mnie świętokradztwem. To samo zresztą dotyczy zdjęć- jest trochę takich, których nie chcę w albumach: zamazane portrety, krajobrazy z palcem, fotki od koleżanki „jest na ciebie śmiertelnie obrażona a ty się domyśl za co”, kiepskie ujęcia z czasów gdy kliszę wywoływało się całą, nie wybiórczo najlepsze zdjęcia. Książki… U rodziców pełno takich książkowych śmieci. Podręczniki, które nie były nowe nawet wtedy, gdy w dzieciństwie uczyli się z nich moi rodzice, „biblia” świadków Jehowy…
Są książki, których wstyd by mi było komuś oddać. I zatrzymać. I wyrzucić.
 
 
A Wy? Macie takie? Co z nimi robicie?
Czy macie książkę, którą „wstyd na półce trzymać”?..