Pierdoła na rowerze.

Znacie to powiedzenie? „To jest jak jazda na rowerze- tego się nie zapomina.”

G.wno prawda.

Nie jeździłam na rowerze… No ze cztery, może pięć lat. Na pewno ani razu odkąd po maturze się wyprowadziłam z domu.

I wczoraj na chwilę wzięłam rower od teściowej.

I…

Dooopa!

Przejechałam kilka metrów stylem pijanego zająca i ledwo opanowałam wywrotkę.

-Za wysoko jest siodełko! Można jakoś ręcznie opuścić?..

Opuścili mi siodełko.

Wsiadłam.

I znów: styl pijanego zająca i prawie wywrotka.

Tego już na głos nie mówiłam, żeby się nie ośmieszyć, ale sandałki mi się na pedałach ślizgały i nogi z nich spadały (z pedałów, nie sandałków).

Jak to mówią, złej baletnicy… No nie?

Ale spróbowałam kilka razy i się udało przejechać te kilkanaście metrów bez obawy że gdyby patrol policji nadjechał to kazali by mi dmuchać.

Także ten. Się zapomina! Tylko łatwiej i szybciej jest sobie przypomnieć, niż uczyć się od podstaw.

Człowiek uczy się całe życie…

Na przykład ja nauczyłam się wczoraj, że jak już wbiję jajka do miseczki, to żeby pod żadnym pozorem nawet na jedną setną sekundy nie spuszczać tej miseczki z oka, bo inaczej Młody ją przechyli i wyleje wyżej wspomniane jajka na siebie.

Jajecznica z Młodym, ot co.

Młody na to nauczył się otwierać drzwi wejściowe, z klamki i z zasuwki też, co oznacza że my musimy się nauczyć przykluczać drzwi na górny zamek*, bo dzisiaj już wylazł dziad na klatkę i całe szczęście że najpierw postanowił sprawdzić na schodach grawitację kubka którym się bawił, a nie swoją.

Mama nauczyła się nie stawiać herbaty na brzegu, bo Młody wyleje.

Tata się nauczył, że można otworzyć zajnik tą malutką pokryweczką u góry i oczyścić go dokładnie z kamienia (co też niedawno uczyniłam, po tym jak już doszłam do siebie po zobaczeniu półcentymetrowej warstwy kamienia na ściankach).

Mój brat najmłodszy dowiedział się, że to coś, co zawsze się zastanawiał, co to jest, a zawsze pamiętał żeby się o to spytać tylko jak akurat nikogo nie było w domu, to ostrzałka do noży. Której wcześniej szukał spory kawałek czasu, mimo że była na wierzchu. Bo jak nie wiedział że to to, to jak miał iby znaleźć?..

A brat mój średni, który dzisiaj obchodzi urodziny** nauczył się żeby opróżniać keiszenie jak się daje spodnie do prania. Bolesna strata banknotu dwudziesto złotowego go tego nauczyła.

 

Dnia dziecka jakoś szczególnie nie obchodzimy, jedynym wyjątkiem jest to, że nagle opływamy w czekoladę (bo ja dostałam po tabliczce od obojga rodziców i Młody też). Kupiłam bańki mydlane, ale kupiłabym je i każdego innego dnia (kocham bańki!).

Dziś mamy raczej Dzień Nauki.

Hie hie hie hie.

 

 

*Co dla mnie stanowić może pewną trudność, bowiem wyprowadzając się z domu oddałam swój klucz babci. Pozostaje mi mieć nadzieję że nie zainteresuje się drzwiami jak będę sama i pilnować jak oka w głowie.

**Spryciarz miał się urodzić na Dzień Matki a się urodził w Dzień Dziecka…