Historia pewnego pakunku.

Dawno, dawno temu, tak jakoś ze trzy lata wstecz, K. pakunek miał w biurku, porozkładany bez ładu i składu, nie do ruszenia (bo pogubisz, a to ważne!!!). Pakunek zresztą jeszcze nie był pakunkiem, ot kupa papierów na kupie (Tylko nie bierzcie tego zdania zbyt dosłownie :P). Co i rusz były wywalane, kiedy czegoś stamtąd potrzebował, zawsze wtedy byłam oskarżana że „przekładałaś!” kiedy nie mógł czegoś znaleźć.

Potem nadszedł czas, kiedy stwierdziliśmy że pokój na stancji nie pomieści łóżeczka dziecięcego a towarzystwo sąsiadów kiepskawe jest, jeśli się chce takiego małego człowieczka porządnie wychować. Właśnie wtedy kupa papierów powędrowała do trzech dużych foliowych toreb i przeprowadziła się z nami do kawalerki. Tam w spokoju przeleżała pół roku, mimo iż K. co najmniej raz w tygodniu obiecywał że „posprzątam jak tylko będę miał wolne”. W końcu się wkurzyłam i przełożyłam papiery do kartonu- było o tyle posprzątane, że jak go zamknęłam to jakoś to wyglądało. I tak przeleżał karton, nie niepokojony przez K., kolejny rok.

Potem znowu stwierdziliśmy że trzeba się przeprowadzić, grzybów na ścianach jakoś nie polubiliśmy, temperatura piętnaście stopni w pokoju po ośmiogodzinnym (cholernie drogim!) ogrzewaniu nam nie odpowiadała, a dobiła nas dziura na wylot wywiercona w łazience. A właściwie dwie dziury, co to je zrobił właściciel żeby się wietrzyło. Ile razy mi dupę pod prysznicem przewiało, ile razy omal na mnie woda nie zamarzła, nie zliczę. Tak czy siak, karton powędrował z nami do obecnego miejsca zamieszkania, by znowu przeleżeć w spokoju ponad pół roku.

I teraz, po tym przydługim wstępie, pragnę przejść do sedna:

K. POSPRZĄTAŁ PAPIERY!!!

Ogarniacie?! Posprzątał! Po trzech latach ruszył dupsko i posprzątał te papierzyska wreszcie!

Hip hip, hurra!*

 

 

*To nie jest ironia, szyderstwo, drwina, ani nic z tych rzeczy. Ja się nawet nie nabijam z K., ja po prostu jestem szczęśliwa że trzy lata gderania jak stara kwoka, awantur i grożenie że od niego odejdę jak nie posprząta** na coś się przydały!

**Chyba bardziej zadziałało „bo ci wyłączę komputer w czasie gry!”

Reklamy

Sąsiedzka wizytacja.

Był sobie taki dzień, już jakiś czas temu, kiedy ambitnie postanowiłam zrobić porządki. Powybierać z za małych rzeczy Młodego co ma zostać, a co nie („-a co, jak będzie drugie dziecko to chcesz wszystko od nowa kompletować?”. Śmiech na sali, normalnie…), poprzebierać moje ciuchy ( po półtorej roku wciąż mam w szafie ciuchy ciążowe…), ogarnąć kuchnię, łazienkę…

Po prostu kompleksowe sprzątanie.

Zadanie tym trudniejsze, że K. był po nocce, więc trzeba było być w miarę cicho i postarać się utrzymywać w ciszy Młodego (mission impossible!).

Zabrałam się za robotę. Pełno pudeł, wszystko porozkładane, plączący się między pudłami Młody oszalały z radości (tyyyyyle rzeczy do porozrzucania!) na przemian z oszalałym ze złości (ta wredna matka nie pozwala rozrzucać!!).

Ogólnie- chaos, rozgardiasz, burdello maksimus.

I wtedy właśnie- pukanie do drzwi.

Sąsiadka zapukała, bo coś tam miała mi przekazać, i mówi że naszą kotę chętnie by zobaczyła. No to idę cmokam na sierściucha, co się schował nie wiadomo gdzie (no ma taki zwyczaj odkąd do Młodego młodociani koledzy przychodzą). I zanim zdążyłam zareagować, sąsiadka powiedziała że zobaczy jak się urządziliśmy. I wlazła mi w ten cały burdel do pokoju.

I się zapowietrzyła.

Zaczerwieniła jak pensjonarka widząca pryszczatego młodzieńca.

I migiem uciekła z mieszkania, coś mamrocząc pod nosem.

 

No o co jej chodzi? Że bałagan? No ja wiem że duży, ale ostrzegałam że akurat porządki robię. 

Wróciłam do pokoju i zrozumiałam.

Spod kołdry, pod którą odsypiał nockę K., pięknie wystawała jego goła dupa.

 

A sąsiadka przez kolejne dwa tygodnie widząc mnie szybko uciekała.

Bohaterka.

Tak. Właśnie ja.

Jestem bohaterką.

Bo w trzydziestostopniowym upale wzięłam się w garść, włączyłam żelazko (tym razem pamiętałam żeby podłączyć przedłużacz do prądu, ha!) i wyprasowałam większość rzeczy które uprasować miałam.

A potem!..

A potem zamknęłam się w kuchni, nagrzanej jak piekielne czeluście, i zaczęłam robić obiad! Dwa palniki plus piekarnik nagrzany na maksa. A wszystko to żeby dogodzić moim mężczyznom.

Ave ja!

Ale żeby nie było że wpadłam w samozachwyt, to przyznam się że mi się nie chce leniwego dupska ruszyć i łazienki umyć. I okien. I posprzątać szafę w przedpokoju. I zmusić K. żeby szafkę pod biurko wreszcie zmontował. I żeby gwoździki na obrazy w ścianach zainstalował. I ogarnąć do końca pokoju.

Medalu to ja chyba nie dostanę.