Facet idealny część druga: Mój tata- bohater.

No więc jak pamiętacie (albo i nie), mężczyzna idealny istnieje, i na dodatek jest nim mój tata (ha!).

Prawdopodobnie wiecie też, że w czerwcu był Dzień Ojca. A skoro tu jesteście to na pewno wiecie również, że jestem pierdoła. A piernik do wiatraka ma to, że to jest wpis o moim tacie- bohaterze, co go miałam opublikować w Dzień Ojca właśnie, ale że jestem pierdoła to zapomniałam.

I po tym nieco przydługim wstępie pozwolę sobie przejść do meritum :D

 

Każdy ma jakieś swoje lęki. Niektórym serce zamiera na widok najdrobniejszego, niegroźnego pajączka, innych pływanie po morzu, jeszcze innych przeraża perspektywa zjedzenia dajmy na to truskawki. Różnie bywa.

Mój tata zaś, od dziecka mieszkający na parterze, bał się wysokości. Kiedy więc dostali z mamą nowe mieszkanie, pewnie nieco pomniejszył jego radość fakt, że znajduje się ono na samej górze- czwarte piętro. Przez ponad rok tata wcale nie wychodził na balkon- bał się. Wiadomo, ja też się nie raz nie dwa bałam, że się oberwie balkon ze mną na nim i spadnę z gruzami na ziemię.

Obrazek

 

 

Cóż, tata na balkon nie wychodził, balkon nie czuł się tym obrażony, i tak mijał im czas na wzajemnym unikaniu się. Aż do czasu, kiedy tata zamontował w drzwiach wejściowych nowy zamek.

Zamek był bajerny. Od „ruskich” na targu kupiony, porządna robota, zamek zamykał się automatycznie po zamknięciu drzwi- od zewnątrz nie dało rady otworzyć bez klucza, wielka zaleta od kiedy po mieszkaniach zaczęli chodzić różni dziwni ludzie, po których wizycie co bardziej naiwni odkrywali poważne braki sprzętowe / pieniężne w mieszkaniach. Cud techniki!

I tak żyli błogosławiąc bezpieczny zamek, dopóki nie obrócił się przeciwko nim. To była chwila- tata w piwnicy, mama wieszała na klatce pranie. Zawiał wiatr, zrobił się przeciąg… ŁUP!

Drzwi się zatrzasnęły. Obydwa komplety kluczy zostały w mieszkaniu. Razem ze mną i bratem, śpiącymi w pokoju, na łóżku tuż pod oknem. Oknem, na dodatek, otwartym na oścież. I jakby tego było mało, ja miałam się niedługo obudzić, a baaardzo lubiłam wyglądać przez okno.Problem w tym, że berbeć trzyletni nie chwyta raczej zasad bezpiecznego wyglądania przez otwarte okno na czwartym piętrze.

I wtedy właśnie tata, po wyczerpaniu wszelkich bezpiecznych możliwości dostania się do domu, zdobył się na coś, za co go podziwiam. Przezwyciężył swój strach, pobiegł do klatki obok, poprosić sąsiada przez ścianę by mógł z jego balkonu przejść na nasz.

 

Obrazek

 

Przez te kilka lat odkąd wyprowadziłam się z domu i przyjeżdżam tam raz na ruski rok odległość między balkonami zmniejszyła się w moich wspomnieniach. Dopiero będąc ostatnio, pilnując Młodego bawiącego się na balkonie, dostrzegłam jak daleko jak na tą wysokość są od siebie balkony. Co musiał przeżywać tata z lękiem wysokości, stojąc na krawędzi balkonu, za barierką, kilkanaście metrów nad ziemią? Jak zdołał dać tak duży krok, jak zdołał się puścić barierki by złapać drugą?

A jednak zrobił to. Opowiadając mi o tym powiedział, ze wcale nie myślał o wysokości tylko o tym że po prostu trzeba to zrobić.

Dzięki temu nie musieli czekać do wieczora na ślusarza, a ja mogę się pochwalić tatą bo nie zdążyłam wylecieć przez okno ;-)

Poszukiwanie skarbów!

Nie, nie przekopywałam zamku* ;)

Nie chodziłam też za mapą do tajemniczego X.

Po prostu- przeglądałam książkowe zakamarki**. Znalazłam pełno książek których od dawna szukałam (między innymi moje ulubione wydanie z polskimi legendami), stare komiksy… Jestem bardzo zadowolona ze znalezisk i aż żałuję że jutro jadę i nie będę mogła przejrzeć książkowych zakamarków w pokoju rodziców.

A teraz kilka zdjęć, bo muszę się pochwalić ;]

 

Obrazek

Taaaaką mapę znalazłam! I jest na niej Iłża :) Oprawiona w antyramę zawiśnie nad naszym łóżkiem w domu***

 

Obrazek

Moja ulubiona książka z wczesnego dzieciństwa, niestety zaginęły ostatnie strony… I choć zakończenie jest stereotypowe i łatwo się go domyśleć, to jest to irytujące.

 

Obrazek

Kleks, Jonka i Jonek, ktoś ich zna?

 

Obrazek

Legendy Iłżeckie

 

A przykładam się jeszcze do jednej fotorelacji z Iłży. Jak promować, to na całego ;)

 

 

*To znaczy, teraz nie. Bo za szczenięcych lat mi się zdarzyło, ale nie dokopałam się do niczego ciekawego niestety.

**Mama ma irytujący zwyczaj chowania książek w dziwnych miejscach- np. na podłodze pod regałami za drewnianą listwą, za książkami na półce, dobrze że nie schowała żadnych za obudową prysznica w łazience.

***Kiedy w lipcu przyjedzie do nas mój tata, nie łudzę się że zrobi to K. ;]

Ciastowe potwory.

Na wspominki mi się zebralo pod wpływem szybkości z jaką znikają tu moje wypieki. Szarlotka- 1 doba i ni ma. Ptasie mleczko- 2 godziny i ni ma. Ciasto marchewkowe- jedno popołudnie i ni ma.

I to właśnie (tak, wiem że od „i” też się zdania nie powinno zaczynać) przypomniało mi, jak piekłam Moje Pierwsze Ciasto. Z dużych, bo pierwsze, więc zasługuje na wyróżnienie, a co!

No więc (no no… no!) był to bodajże dzień ojca, miałam coś koło 11 lat i pustki w skarbonce, więc postanowiłam tacie upiec ciasto. Przepis wzięłam z „Kwiatu kalafiora” Małgorzaty Musierowicz, jako że Gabrysia nie była uzdolniona kulinarnie a jej ładnie to ciasto wyszło, więc doszłam do wniosku że i ja dam radę. Dla pewności zawołałam koleżankę z dołu („jak się nie uda to będzie na kogo zrzucić winę”), naszykowałyśmy składniki i zabrałyśmy się do roboty.

Ciasto wyszło piękne. Pięknie wyrosło, puszyste, pachnące, polane czekoladą prezentowało się wprost wspaniale. Niesamowicie z siebie dumne, postanowiłyśmy ukroić go trochę i zanieść do mamy koleżanki żeby się pochwalić.

Nie było nas- no kurczę!- 15 minut góra.

Ciasta już nie było. Zostały same okruszki w blaszce. Bo moi bracia- łasuchy nie wytrzymali napięcia związanego z oczekiwaniem…

No i cóż, trzeba było się zabrać za drugie ciasto, które się nie zdążyło upiec zanim tata wrócił z pracy i które nie było już takie piękne. Za to nauczyłam się że nie wolno moich braci zostawiać samych z wypiekami jeśli są przeznaczone na jakąś specjalną okazję.

 

A Młody śmiga po mieszkaniu z jedną skarpetką… Nie mam pojęcia gdzie mógł drugą zgubić…