Zakupy.

No i dobra. Ile razy mieliście tak, że podchodzicie do kasy, kasjerka kasuje to co tam do wózków napakowaliście…

Kasuje?

Przepraszam, napie… Khem… Z prędkością światła, aż nie nadążacie spakować produktów do toreb!

Płacicie, w międzyczasie próbując coś jeszcze do toreb włożyć, obsługa Waszej osoby skończona, i…

Albo kasjerka zaczyna obsługę drugiej osoby, wpychając jej zakupy w stertę Twoich, albo czeka aż się zapakujesz, z miną „nic nie poradzę że ona tak długo się pakuje” skierowaną do następnego klienta.

Czuję się niechciana, wypraszana, zbędna (ale ze mnie emo), i żadne „Dziękuję, zapraszamy ponownie, do zobaczenia!” i obowiązkowy, sztuczny uśmiech przyklejony do zmęczonej, wkurzonej zachowaniem klienta przede mną twarzy tego wrażenia nie zatrą. Czemu mnie tak poganiacie? Dajcie mi w spokoju spakować moje zakupy!

Ale ugryźmy sprawę z drugiej strony.

Wiecie na jakich warunkach pracuje kasjerka? Ja wiem, bo siedziałam na kasie. Tylko że ja miałam o tyle dobrze, że tylko pomagałam. Byłam tylko wsparciem i choć mnie te same zasady tez obowiązywały, to nie miałam żadnych konsekwencji za nie wywiązywanie się z nich.

Kasjerka kasuje z szybkością błyskawicy, ponieważ ma z góry narzucony minimalny limit produktów skasowanych w ciągu minuty. Który co jakich czas ma tendencję do rośnięcia. Nie chcę skłamać, nie jestem pewna, ale ilości są z kosmosu wzięte. Jeśli nie wyrabia normy, to kiepsko. Ostatecznie można nawet stracić przez to pracę.

Kasjerka nie czeka, aż się spakujesz, ponieważ pracodawcy narzucili jej jakąś durną minimalną ilość klientów.

Musi się uśmiechać, być miła, w zasadzie nie może się bronić, gdy klient ją zwyzywa. Teoretycznie może, owszem, ale w praktyce- tia…

A wciskała Ci kiedyś kasjerka jakies dodatkowe produkty, programy lojalnościowe itp? Na to też ma określoną ilość którą musi wcisnąć klientom. Jeśli chodzi o programy lojalnościowe, ma określony procent transakcji, który musi być z lojalkami. Wysoki procent.

Także ciężki jest żywot kasjerki, bo ci z góry są nastawieni tylko na zysk i tak naprawdę mają i pracowników, i klientów głęboko tam, gdzie się bratków nie sadzi. Dla nich ważne są cyferki. Liczby. Coraz większe. Więcej przychodów. Większe obroty. Więcej klientów.

Olać supermarkety!..

Reklamy

Chłop na zakupach.

Bo mnie Gula swoim komentarzem zainspirowała!

 

Ja tam jestem przyzwyczajona że facet umi robić zakupy. W końcu dziewiętnaście lat mieszkałam pod jednym dachem z moim tatą. Wystarczy mu powiedzieć:

– kup chleb, coś do chleba, coś na obiad, o, i jeszcze cukier.

I nie ma: ale co na chleb? I skąd ja mam wiedzieć co na obiad chcesz?

Sprząta jak widzi bałagan (tato wróć, nie wyrabiam z prasowaniem! :D), jak coś jest zepsute to od razu naprawia, półkę (zestaw do biurka) złożył sam w jeden dzień (K. się męczył trzy dni, po czym ciepnął w kąt i „zrobię jak będę miał urlop” -śmiech na sali i głaskanie po główce- tak tak, na pewno to zrobisz). Zboczyłam z tematu, echh.

 

A więc wracając do tego, co właściwie chciałam napisać. O tym, jak K. był w aptece już pisałam. 

Wyprawa do spożywczaka.

-I kup mi ser biały, bo mam ochotę.

-Okej.

Poszedł.

Wrócił, rozpakowuję zakupy, sera nie ma. Dlaczego?

-Przecież nie ma czegoś takiego jak ser biały!

-Eee?..

-Mówi się twaróg! Nie ser biały! I na półkach nie było żadnego sera białego tylko twaróg!

No szlag. Wiedział o co chodzi, ale nie kupił, bo na opakowaniu jest ‚twaróg” a nie „ser biały”. Po za tym u niego w domu mówiło się „twaróg”, więc nie istnieje coś takiego jak ser biały, no proste, nie?

 

I znowu spożywka. K. po bułki poszedł i kazałam mu przy okazji cukier kupić.

-Więcej cukru nie kupujemy! – Krzyczy wkurzony od progu wróciwszy.

-Hm?.. Dlaczego niby?..

-Taki drogi, a ty co chwila kupujesz! (bo mi sto złotych powinno na dwa tygodnie starczać na wykarmienie trzyosobowej rodziny, z mięsnym obiadem codziennie.)

-Jak drogi?- zdziwiłam się.

-Sześć złotych za kilo! I już wiadomo, na co tak rozchrzaniasz pieniądze!

-Ale jak to po sześć złotych? Przecież jest po jakieś trzy złote?..

No i dalej kłótnia, bo on widział tę cęnę i nie odłożył, bo kazałam przecież kupić i powinnam mu powiedzieć, że jak jest o 100% droższy niż w sklepie pięćdziesiąt metrów dalej to żeby nie kupował. Nic to, że ja do tego sklepu nie chodzę i nie orientuję się w cenach :D

 

I na tym koniec, bo jakoś tak wychodzi że ciągle tego mojego K. krytykuję. Muszę kiedyś w końcu walnąć jakiegoś posta pochwalnego…

 

;)